Bałam się, bardzo bałam się tego biegu, aż do czwartku.
Nie bałam się, że nie dam rady. Wiedziałam, że przebiegnę ze spokojem.
Jednak bałam się ogromnie, że znowu zasłabnę, tak jak 2 tygodnie temu na treningu…
Lęk minął w piątek, wiedziałam już, że będzie dobrze, bez komplikacji.
..a jak było? 🙂

Pobudka godzina 5.
Na śniadanie rogal z dżemem porzeczkowym.

Raz, raz ogarnięcie się i w drogę!
Do Cisnej mieliśmy 28km.
Dojechaliśmy ok 7:10.

Pierwsza kolejka już była pełna!
Ale spokojnie w kolejce stoją następne. 🙂
Jechaliśmy drugą turą.


Dłużyła mi się strasznie ta trasa, ja już chciałam być na miejscu, już biec.
W kolejce biegowe rozmowy, śmieszki, heheszki i ładne uśmieszki. 😉
W końcu kolejka się zatrzymała. Tylko gdzie? Wysiadamy?
Trawa po kolana, ale to koniec drogi, trzeba wysiąść!
Jeszcze leśną toikę przed biegiem trzeba odwiedzić,
Panie na lewo, Panowie na prawo.. 😉
Do startu zostało parenaście minut, był wtedy czas na spotkanie znajomych,
rozmowy, zdjęcia.






O 8:50 ustawiliśmy się, przygotowani do biegu.
Ok 9:00 wystartowaliśmy. Od razu z górki, zakręt w lewo i przekroczenie linii startu.


Pierwsze kilkaset metrów było płaskie i z niewielkimi górkami, a później dopiero się zaczęło!
Od samego początku miałam strasznie spięte łydki.
Zaczęłam się obawiać, że jak tak dalej pójdzie to zacznę się męczyć, będę mieć skurcze i będzie ciężko.
Jednak w głowie sobie mówiłam będzie dobrze, jesteś twarda i dasz radę.
Łydki ciągle nie odpuszczały, więc zaczęłam brać tabletki z magnezem i witaminami.
Myślę, że one miały też jakiś wpływ na to, łydki odpuściły na ok 8km.
Trasa była na większości dystansu dosyć wąska.
Postanowiliśmy nie wyprzedzać, żeby oszczędzać siły.
Co nam po tym, że kogoś wyprzedzimy gdzieś bokiem, jak na wyprzedzaniu stracimy trochę sił, a i tak za wiele nie zyskamy.
Bieszczady, ah te malownicze Bieszczady! Tylko gdzie one są?
W kilku miejscach, raptem 3,4 spojrzałam i podziwiałam przez parę sekund widoki.
Dlaczego tak mało? Skupiałam się na tym, żeby patrzeć pod nogi, żeby nie zaliczyć upadku. 😉
Około 10km i to nie poskutkowało, niby była trawa, ale w trawie coś musiało być, o coś się potknęłam i bam!
Dwóch Biegaczy za mną pyta się czy wszystkie ok i pomaga mi wstać, a ja oczywiście wszystko jest dobrze, dobrze, ja sama dam radę. 😀
Na moje szczęście bolał mnie tylko nadgarstek. I pobiegliśmy daaaaaaaaaaaaalej! :))))
12km jest, jest punkt odżywczy!
Jednak my się nie zatrzymujemy, pozdrawiamy wszystkich kibiców, uśmiechamy się ładnie i biegniemy dalej.
Ale czy na pewno biegniemy? Co to ma być? Co to za góra?
Był zakręt w lewo, a po zakręcie jakaś olbrzymia górka na która trzeba się wskrobać!
Ludzie idą, jedni wolniej, drudzy szybciej, jedni idą, stają i odpoczywają.
My mamy siły, ja poczułam przypływ mocy, więc raz, raz do przodu, ta górka mi nie straszna!
Sporo osób udało się wyprzedzić na tym podejściu. 🙂
Niestety gdyby taka górka była tylko jedna…
I tak od górki do górki, popijając coca-colę.
Powoli, powoli, zaczynały się zbiegi.
Było dobrze, biegło się super, sił było dużo w zapasie.
Ale ten ostatni zbieg!
Strasznie bolały mnie już paznokcie u dużych palców u stóp.
I to właśnie on mnie „zabił”.
Cholernie się bałam! Ja boję się zbiegów! Nie umiem zbiegać, a ten taki stromy zbieg, z ogromnym strachem go pokonywałam.
Paznokcie sprawy nie ułatwiały, ból był naprawdę okropny, już widziałam jak ściągam buty i skarpety i mam stopy zakrwawione.
(na szczęście nie było tak dramatycznie na mecie)
Niestety dałam się wyprzedzić kilkunastu zawodnikom, ale przez ten okropny ból szybciej nie mogłam biec.
Po ok 5km górka się skończyła, myślałam, że już będzie prosta droga do mety, ale nie ma tak dobrze!
Około 25km strumyk, patrzę kolega przede mną go przeskakuje no to hop!


Później wąski odcinek, drzewa po prawej, wystające korzenie, błoto, tak myk myk i do przodu biegniemy!
Każdy się spina, bo jest szansa 3:30 na mecie będzie.
W końcu jakaś prosta na mostku kibice stoją, doping jest, piąteczki przybijamy!
I zbieg, zbieg do mety, ile sił w nogach biegnę, tak jak zawsze mocny finisz!

Czas uzyskany na mecie : 3:30:06 (wyniki nieoficjalne)

Zajęłam 211 miejsce na 788 zawodników.
Dobiegłam jako 33 kobieta na 281 startujących kobiet.
W kategorii K20 zajęłam miejsce 14 na 67 zawodniczek.


Jestem strasznie zadowolona i usatysfakcjonowana! 😀
Biegi górskie to zupełnie inna bajka i maraton przy nich się chowa.
Na moich nizinach nie jestem w stanie się przygotować do biegów górskich.
Jednak Rzeźniczek przypadł mi do gustu, więc jeśli w przyszłym roku czas pozwoli to na pewno wezmę udział! 🙂
Chciałam też podziękować mojemu koledze, który 'zaopiekował się’ mną na trasie.
Słabo jest ze mną ostatnio, więc wszystko mogło się wydarzyć.
Dzięki za biegnięcie z moją wodą, colą, żelami.
We dwójkę biegło się raźniej 🙂
Byliśmy zgranym duetem, więc Rzeźnika możemy śmiało biec w parze! 😀

Po biegu schłodziliśmy nóżki 🙂


Oczywiście jak zawsze było mi mało 🙂
Więc jak zobaczyłam, że Kasia (fb: potrzebuje biegania jak powietrza) biegnie do mety postanowiłam pobiec z nią!
I tak na boso pokonałam z nią ostatnią prostą do mety 🙂
Gratulacje Kasiu! :*


..a poza tym Bieszczady są piękne!


