Strong & Fit Women

Zwiedzam świat biegając!

Category: Relacje (page 1 of 3)

GWiNT Ultra Cross – mój mini debiut

GWiNT Ultra Cross

odbył się w tym roku po raz szósty na dystansie 100mil (165km), 110km i 55km. Trasa biegu przebiegała przez trzy powiaty grodziski, wolsztyński i nowotomyski. Mini GWiNT Wolsztyn – Nowy Tomyśl.

Dlaczego zdecydowałam się na start w ultra i jaki dystans wybrałam?

Ja tylko chciałam, żeby meta nie była zbyt blisko. Mój niedosyt po maratońskich startach i mecie, która do tej pory była zbyt blisko spowodował, że chciałam pobiec dalej. Słyszałam sporo opinii o biegu GWiNT Ultra Cross i stwierdziłam, że start w tym biegu na dystansie 55km będzie dobrym rozwiązaniem na początek przygody z ultra. Czekałam z niecierpliwością, aż ruszą zapisy i szybciutko się zapisałam. Później już nie było odwrotu, trzeba było się przygotować i pobiec!

Mój niezbędnik na bieg

Mój niezbędnik na bieg

Czego oczekiwałam od startu w tym biegu?

Chciałam, żeby mnie ten dystans przeczołgał dosłownie i w przenośni, żebym była zmęczona, odczuła wysiłek i nie miała siły na więcej.

Jak wyglądał mój biegowy debiut?

Do Nowego Tomyśla przyjechaliśmy około 9:30. Poszłam odebrać pakiet startowy i udałam się do szatni, żeby przygotować się do biegu. Było jeszcze trochę czasu, więc oddałam rzeczy do depozytu i czekałam, aż ten czas minie.. ale wyjątkowo wolno leciał! Niecierpliwiąc się ok. 10:30 wyszłam na zewnątrz, stanęłam w Słoneczku i czekałam, aż będziemy wsiadać do autobusów, które zawiozą nas na start. Jadąc autobusem zastanawiałam się jak ugryzę ultra temat i odczułam po raz pierwszy tego dnia zmęczenie i spadek mocy. Dojechaliśmy na parking i udaliśmy się w kierunku startu, trzeba było trochę przyspieszyć i wyprzedzić większość osób, żeby zdążyć jeszcze do toalety. : D Bez tego ani rusz! Na szczęście kolejka była mała, więc raz, raz i idę na start. : D Zostało jakieś 10 minut. Zrobiłam zdjęcie, zawiązałam dobrze buty, złapałam GPS w zegarku i ustawiłam się na linii startu..

Pakiet startowy mini GWiNT Ultra Cross

START godz. 12:00

Tadam! Ruszyliśmy. Ustawiłam się bardziej z przodu, żeby móc swobodnie biec i nie kotłować w kolejce. Na pierwszych kilometrach miała być dosyć wąska ścieżka. Bieg zaczęłam z hamulcem, chociaż hamował zbyt słabo. Plan był na jeszcze wolniejszy początek, ale to nic. Postanowiłam złapać rytm i mknąć do mety. Jeszcze przed biegiem usłyszałam, że od 10km do bodajże 25km mają być podbiegi i będzie to najcięższy odcinek trasy. Pierwsze 10km minęło bardzo dobrze, trasa była fajna i dobrze się biegło. Jakie było moje zdziwienie jak dokładnie na 10km zobaczyłam pierwszą górkę, sporą górkę! Już wtedy wiedziałam, że łatwo nie będzie. Chociaż w tym roku po górach sporo kilometrów wybiegałam. Jednak wolę biegać w górach, niż po leśnych pagórkach. Na te leśne trasy jestem zbyt miętka. 😉 I tak sobie pomyślałam, na co ja się zapisałam! Jak przebiegnę te 55km?

5 minut do startu

Odliczałam od górki do górki. Pod górkę i z górki i tak przez około 10km. W sumie te górki nie były takie złe. Jednak boję się szybciej zbiegać, więc trochę na tym traciłam. Z kolei na niektóre górki lepiej było podejść, żeby łydek tak nie zmęczyć, a że woooolno chodzę to znowu byłam w plecy z czasem. No cóż mam takie swoje fobie, z którymi staram się walczyć, ale potrzeba czasu. Od czegoś są te ultra biegi, prawda?

Pierwszy punkt odżywczy zlokalizowany był na ok. 15km. Przybiłam piątkę mocy i pobiegłam dalej. Miło było usłyszeć kibiców i informację jesteś druga i  masz 4 minuty straty. Z uśmiechem i naładowana pozytywną energią pobiegłam dalej.

Pierwsze kilometry minęły dosyć szybko, ale było mi strasznie gorąco. Ścieżki wzdłuż pola i przebijające się Słońce, dawało taki efekt, że zamarzyłam o wbiegnięciu na metę i wypiciu 0,5l wody mineralnej duszkiem. 😉 Ale do zrealizowania tego marzenia była jeszcze długa droga..

Trasa biegu GWiNT Ultra Cross

Samotne kilometry mijały wolno. Zbyt wolno. Zazwyczaj łykam biegi za jednym razem i nawet nie zdążę się obrócić, a już jest meta. Tym razem tak nie było. Już po 20 którymś kilometrze zaczęłam odczuwać zmęczenie. To ewidentnie nie był mój dzień, dziwne uczucie zmęczenia towarzyszyło mi od początku biegu i zaczęło być jeszcze bardziej odczuwalne. Gdzie się podziała ta magiczna moc? Chyba została gdzieś w lesie, a może w moim kochanym Lasku Marcelińskim i na GWiNTa ze mną nie pojechała. No cóż, życie. : D

Na 29km minęła mnie Madzia, moja towarzyszka z autokaru. Więc już z nie byłam druga, a trzecia. Nie trwało to długo, bo na 31km minęła mnie kolejna Pani miło z jej strony, że zapytała się jak się trzymam. 😉 Dawałam radę, ale mocy to ja już nie miałam. : D Do mety za to były jeszcze 24km!

Gdzieś na trasie 😉

Trasa biegła różnymi ścieżkami, zwykłą leśną drogą, drużką wzdłuż pola, trochę miękkich piasków, przez jagody i konwalie, między drzewami w lesie, gdzie ścieżkę wybiegali biegacze, przez paprocie i chaszcze, dwa mostki z bajorkiem, trochę błotka, utwardzona i kamienista droga, trochę asfaltu. Górki też były różne, głównie z piaskiem, jak zobaczyłam pierwszy piaskowy zbieg – miałam chwilę dezorientacji jak to ugryźć. : D

Trasa biegu

Na 38km zatrzymałam się w punkcie odżywczym. Zjadłam pomarańczo, wpiłam trochę wody i opłukałam wodą ręce. Zabrałam jeszcze 2 ćwiartki pomarańczy na drogę i pobiegłam dalej.

Kiedy zaczyna się ultra bieg

Tadam! 42km i maraton w 4:19. Jak na trasę z ok. 10km górkami uważam, że czas maratoński całkiem spoko : D Teraz zaczynam dotąd nieznane mi kilometry. Niby tylko 13km i meta, ale chyba najcięższa trzynastka w moim życiu. Nie wiem skąd miałam brać siły na bieg jak ich zwyczajnie nie miałam? No nie miałam siły. Od samego początku czułam, że jadę na oparach mocy, ale teraz to już chyba rezerwa się załączyła. Naprawdę było mi wszystko jedno. Ciężkie to były kilometry. Po drodze mijałam się z tymi samymi biegaczami. Tak się mijaliśmy przez kilkanaście kilometrów całej trasy, jak ja zdobyłam więcej mocy byłam przed nimi, jak oni mieli więcej mocy, byli przede mną i tak to się w kółko kręciło. Gdzieś około ostatniej dyszki poznałam Pana Piotra, który mnie motywował. Za nic nie kazał się poddawać. 😉 Starałam się jak mogłam, ale ciężko było, oj ciężko.

Długa ta trasa była, nic mi czas nie uciekał. Naprawdę nie przepadam za bieganiem po takim terenie. Wolę już konkretne góry, tam mam więcej motywacji. Na takich ścieżkach nigdy nie lubiłam biegać.  No, ale wyjścia nie było i trzeba było jakoś ugryźć ten bieg.

10km do mety

Ostatnie kilometry biegły wąską ścieżką pomiędzy drzewami. Myślałam, że będzie tutaj już bardziej płasko, ale nie ma takiej opcji, trzeba było pomęczyć jeszcze trochę nogi. I tak 3km przed metą minęła mnie biegaczka, więc spadłam na piątą pozycję, ale było mi wszystko jedno. (Chyba ten wpis, będzie najbardziej demotywującym wpisem w moim życiu, ale to przez tą trasę, naprawdę nudzi mi się w takim terenie, a motywacji nie przybywa. :D) Zastanowiłam się, czy zdołam ją dogonić, ale widać było, że ma jeszcze moc w nogach, więc raczej nie dałabym rady. Generalnie cieszę się, że dziewczyny mnie wyprzedziły, bo należały im się te miejsca, ja byłam takim żółtodziobem na tym biegu.

Próbowałam się trochę podnieść na duchu i tłumaczyłam sobie, ze to już ostatnie kilometry, dasz radę Magdaleno. Wypatrywałam tylko taśm z przodu, żeby czasami na sam koniec źle nie pobiec. Po wybiegnięciu z lasu biegło się wąską ścieżką wzdłuż ogrodzenia i domów, później uliczkami między domami i w końcu dobiegłam gdzieś bardziej do centrum miasta. Czułam metę w powietrzu, ale nie wiedziałam gdzie dokładnie jest. Pewien Pan jadący na rowerze w moją stronę zapytał się, czy znam trasę do mety. Powiedziałam, że nie. Więc powiedział, że mnie poprowadzi i mam biec za nim. Ostatnie metry biegłam chodnikiem i Pan mnie informował, że np. teraz skręcamy w lewo i zaraz po pasach na prawo. Aż w końcu ujrzałam metę i na przekór wszystkiemu moc jeszcze była, bo mój standardowy finisz w postaci sprintu do mety zaliczyłam. 😉

Pełne skupienie, żeby nie spaść do bajorka. Fot. Forest-Camp

Atmosfera podczas biegu i całych zawodów bardzo sympatyczna. Fajnie było. Biegaczom humory dopisywały, więc było zabawnie. 😉 Jednak mimo wszystko było dużo samotnych kilometrów.

META: 55 km – 5h:54m:35s
śr. tempo 6:27 min/km
5 miejsce wśród kobiet na 82 zawodniczki
2 miejsce w K20 (miejsca się nie dublują przy nagrodach, więc zajęłam 1 miejsce w kategorii) na 12 zawodniczek
60 miejsce na 305 zawodników

1 miejsce w K20

Plan był utrzymać tempo 6:00 min/km do max 6:30min/km, a jakby nogi dobrze podawały to 5:45-50. Niestety to nie wyszło. Pierwszy raz nie mogłam złapać rytmu biegu, najprawdopodobniej wybiły mnie z rytmu górki i podłoże po którym nie przepadam biegać. Do tego odczucie, że to nie jest mój dzień. Nie tak to miało wyglądać.. No trudno. Wynik i tak jest lepszy niż planowałam i zdobyłam nowe biegowe doświadczenie z czego się bardzo cieszę.

Odpoczęłam dłuższą chwilę na mecie, energia wróciła i przeszła mi przez głowę myśl, mogłabym biec dalej. : D

Dlaczego nie zostałam Ultraską?

Jak zaczynałam biegać to biegami ultra były głównie biegi na dystansie od 100km. O krótszych nie słyszałam (albo było ich mało). Zachowując szacunek i uznanie dla prawdziwych Ultramaratończyków nie uważam się za Ultraskę. Bieg ultra kojarzy mi się z ekstremalnym wysiłkiem, wytrzymałością, determinacją, samozaparciem i osiągnięciem indywidualnego sukcesu. Biegaczy, którzy biegają prawdziwe ULTRA podziwiam, jesteście niesamowici!

Mini GWiNT stanowi dla mnie przetarcie przed ultra biegiem, jest to bieg tylko 13km dłuższy od maratonu. Tegoroczna trasa podobno była najtrudniejsza. Uważam, że udało mi się ją pokonać, jak na debiut w całkiem dobrym czasie. Planowałam ukończyć bieg w 6-7h, a o 5 z przodu nawet nie marzyłam. Po raz kolejny nieświadomie udowodniłam sobie, że potrafię osiągnąć wynik, który nawet nie przemknął mi przez myśl.

W nogach 55km biegu

Mówicie, że w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej.

Ale przyszłego roku nie będzie. Stwierdziłam, że do ultra muszę dojrzeć i na pewno będę chciała przed trzydziestką (30ste urodziny) ponownie zmierzyć się z dłuższym dystansem. Jednak wolałabym pobiec taki bieg jesienią, ponieważ wiosną bieganie takich dystansy nie jest dla mnie. Zimą na tyle się nie rozbiegam, żeby w 100% być przygotowaną. Do tego często łapią mnie przeziębienia, które uniemożliwiają treningi. Będę oscylować w bieg 60-70km i raczej górski. Wstępnie planuje podejście numer 2 za dwa lata.

Na trasę biegu GWiNT Ultra Cross na pewno jeszcze wrócę, ponieważ mam z nią porachunki do wyrównania. Raz na własne życzenie dałam się jej przeczołgać, ale drugiego razu nie będzie. 😉 Wstępnie będzie to w roku 2024, żeby też jeszcze przed trzydziestką zdążyć. 😀

Podsumowanie biegu

Teraz wracam do mojego kochanego dystansu – maraton. Najpiękniej! 

 

Najsłodszy bieg w Polsce! :)

W niedzielę wzięliśmy udział w II Puszczykowskim biegu po Ciacho.

Lubię biegać w Puszczykowie, trasa jest po lesie i do łatwych nie należy.
Jednak atmosfera biegu i całych zawodów jest przyjazna.

Nie spieszyliśmy się za bardzo z wyjazdem na zawody.
Numery startowe odebraliśmy jakieś 25 min przed startem.
Szybko się przebraliśmy, założyliśmy numerki i poszliśmy się rozgrzać.
Było strasznie zimno! Także trzeba było zrobić kilka żwawych przebieżek, żeby nie wychłodzić organizmu.

Wystartowaliśmy o 12.
Trasę znałam już z wcześniejszych biegów także wiedziałam co mnie czeka.
Kompletnie nie wiedziałam czego spodziewać się podczas biegu, na jakie tempo stać mnie obecnie, czy znowu nie odezwie się żołądek lub inne problemy zdrowotne.
Nastawiona byłam bardzo pozytywnie. Wygrywałam głową, a to 89% sukcesu.
Ostatnio mało biegałam, treningi miały dystans 5-6km, więc wiele oczekiwać nie mogłam.
Czułam, że forma spadła i nie mogłam utrzymać średniego tempa 4:30min/km.
Kiedyś przychodziło mi to bez trudu jednak nie teraz.
Do tzw. biegnięcia „na maxa” dużo brakowało. Biegłam swobodnie z wyczuciem swojego organizmu.
Biegło mi się super, w głębi duszy bardzo się cieszyłam z biegania!
Sam fakt, że biegam jest dla mnie strasznie szczęśliwy. 🙂

Tak mijały powoli metry i kilometry.
Na około 3,3km w końcu pojawiły się jakieś znajome twarze.
Zgubiłam też opaskę, którą ściągnęłam, ponieważ było mi za gorąco.
Dzięki Przemek za odnalezienie jej! 😉
Pierwsze kółko minęło sprawnie i zaczęło się drugie.
Wiedziałam, że szału nie ma, ale moje wnętrze i głowa ogromnie się cieszyło, że biegnę.
Chciało już wpaść na metę całe szczęśliwe i uradowane.
To nieprawdopodobne jak kocham bieganie!:)

12311086_1007544655976982_794869521644137608_n

Minęły mnie dwie biegaczki, w sumie ze starszej kategorii . Pomyślałam sobie jak zawsze, że jeszcze je wyprzedzę, one biegną prawdopodobnie na maxa, a ja cieszę się biegiem.;)
Później na około 6km mijała mnie jakaś biegacza zziajany oddech słyszałam z daleka, zawsze podziwiam ludzi którzy wkładają tyle trudu w bieg. Ja sama biegłam na maxa chyba raz w życiu, gdy na zawodach w 3 gimnazjum udało mi się zająć pierwsze podium w życiu, wtedy na mecie prawie zemdlałam, a przynajmniej przez 15 minut dochodziłam do siebie leżąc na trawie.
Na zawodach tacy biegacze budzą we mnie respect, jednak przykro mi trochę, gdy przed metą ich często wyprzedzam.
Tak się stało i tym razem, nie pamiętam już który to był kilometr wybiegaliśmy z lasu i był zakręt w prawo tam też wyprzedziłam biegaczkę i zostawiłam ją w tyle.
Wiedziałam, że meta coraz bliżej więc mknęłam do przodu.
I stało się do mety został 1km. Przyspieszyłam – pomyślałam ‘a co mi tam’.
Przede mną biegły dwie wspomniane wyżej biegaczki.
Wyprzedziłam je i powiedziałam do nich, że już tylko 700m zostało.
Później zauważyłam biegacza, który idzie i krzyknęłam że tylko 600m żeby zaczął biec, meta jest blisko.
Na przedostatnim zakręcie przed metą starszy Pan powiedział do mnie, że mam się uśmiechnąć.
To jest niewiarygodne ile osób mi mówi i na zawodach i w życiu, gdy się nie uśmiecham chociażby na chwilę – uśmiechnij się!
Więc z szerokim uśmiechem pokonałam ostatnie 300m, wpadając na metę z czasem 39min:44s.
Jako 5 w kategorii K18 na 32. Open 12 kobieta na mecie na 118 startujących.

IMG_20151129_134258

Później odnalazłam moje osobiste Ciasteczko i poszliśmy zjeść pyszne ciasteczka. 🙂
W końcu to taki słodki bieg, a raczej najsłodsza meta w Polsce.

IMG_20151129_132337

Nasza dieta poszła w kosmos. Natomiast organizatorom gratulujemy świetnie zorganizowanego biegu i chcemy więcej. 🙂
Do zobaczenia w przyszłym roku!:)

IMG_20151129_133839

DSC_0798

Debiut w tym biegu miały buty Kalenji i szczerze to stały się moimi ulubionymi butami!
Mokre liście, błoto, podbiegi, zbiegi sa im nie strasznie i biegnie się w nich z przyjemnością!
Jestem pod wrażeniem! 🙂

II Marceliński Bieg Jesienny

Lasek Marceliński jest mi bardzo bliski.
Tutaj zaczynałam biegać, wracałam do biegania po kontuzji i była to dla mnie swego rodzaju oaza,
gdy mieszkałam w Poznaniu i wychodziłam na trening moje nogi biegły właśnie tam.

Dlatego nie wyobrażam sobie nie wziąć udziału w biegu zorganizowanym na Marcelinie.
Do tego wszystkiego, kiedyś wzięłam udział w pierwszej edycji biegu zorganizowanego na Marcelinie przez biegi.wlkp i zajęłam 3 miejsce. Pierwszy raz na podium w biegowej historii. Sentyment do biegów w tym miejscu pozostał.

W ostatnie dni towarzyszyło mi bardzo dużo stresu, co spowodowało to, że 3 noce bardzo mało spałam.
W dniu zawodów wstałam o 4:40, zjadłam owsiankę i pojechaliśmy do Poznania.
W samochodzie wypiłam jeszcze 3 łyki kawy.
Przed biegiem zjadłam bułki z dżemem. Wszystko jak zawsze, standardowo.

Zaczęłam jak zawsze i biegło mi się dobrze przez jakieś 4 km, później zaczęło się źle dziać.
Znowu odezwał się żołądek, który uporczywie nie odpuszczał.
Jeszcze do tego 6km jakoś miałam optymizm biegu. Myśli też były pozytywne, ‚on’ zawsze odpuszczał.
Ale nie tym razem! Na 7km wiedziałam, że muszę biec, bo jak się zatrzymam to padnę.
Sytuacja ta poprawiła się na 8km, nie było już mi tak słabo od tego bólu.
Gdzieś na 9km pojawiły się problemy z oddychaniem.
Pomimo tego, że było źle i fizycznie i psychicznie biegłam dalej. W głowie miałam cudowny medal, który dostanę na mecie.
I tutaj rozmyślałam o psychice biegacza. Pierwszy raz w życiu moja psychika zawodziła.
Zawsze na tych biegach byłam w czołówce lub blisko niej, a teraz mijają mnie osoby, które mijać nie powinny.
Wiedziałam, że nie mogę dać z siebie maxa, muszę wytrzymać i dobiec to było maximum na ten dzień.

IIMarcelin

Ten bieg dał mi wiele do myślenia. Chociaż nie mam pojęcia skąd nawrót moich problemów z żołądkiem, po przeleżeniu całego niedzielnego popołudnia w łóżku. Po przetrwaniu z bolącym żołądkiem poniedziałku w pracy postanowiłam, że udam się do lekarza po skierowanie na badania. Mam nadzieję, że je dostanę. Do tego zrobię 2 tygodnie przerwy od biegania. Ból żołądka często właśnie powraca przy bieganiu, więc może przerwa coś pomoże. Wyjątkiem będzie niedziela ponieważ wezmę udział w Biegu po Ciacho. 🙂

Bez tytułu

Mam nadzieję, że moja zła passa w końcu się skończy i wrócę do zdrowia, pełni sił oraz formy.
Chciałabym już się po ścigać chociaż sama ze sobą! Tyle fraaaajdy! :))))

Natomiast organizatorom gratuluję organizacji biegu na wysokim poziomie.
Moim zdaniem wszystko zagrało jak należy.
Biuro zawodów zorganizowane sprawnie.
Trasa oznakowana bardzo dobrze.
Osoby na trasach rozstawione prawidłowo nikt nie miał prawa zabłądzić.
Medal cudowny.
Same plusy, oby tak dalej! 🙂

DSC_0494

Dziękuję za szczęśliwą siódemkę!
Myślę, że to szczęście niosła mnie od startu do mety razem z bólem, pozwoliła wygrać. 🙂

DSC_0502

DSC_0506

RockRun Jarocin

Długo czekaliśmy na RockRun Jarocin i w końcu nadszedł ten wyczekiwany dzień!
Ja startowałam na dystansie 10km, Paweł na dystansie półmaratonu.

Dodam jeszcze, że była to pierwsza edycja biegu w Jarocinie.
Tak naprawdę pierwszy bieg w tej okolicy.
Dlatego nie mogłam się doczekać, powiedziałam sobie, że przetruchtam dystans 10km z ogromną przyjemnością! 🙂

..a jak było?

Odbiór pakietów startowych przebiegł sprawnie.

DSC_6322

W niedzielę zjedliśmy typowe śniadanko biegaczy przed startem. 😉

IMG_20150920_094119

Dobrze zorganizowane były parkingi. Nie było problemu z zaparkowaniem samochodu.
Stanęliśmy na ulicy Maratońskiej, a wejście na Stadion było tylko kilka metrów od nas.
Także wszystko bardzo blisko. Co jest, przynajmniej dla mnie atutem organizacyjnym. 🙂

Start biegu godz. 12:15.

Zrobiliśmy rozgrzewkę i ustawiliśmy się na starcie.
Zapomniałabym! Jeszcze selfie musiało być. 🙂

IMG_20150920_120738

Przed startem szepnęliśmy sobie motywacyjne słówko i skupiliśmy się na starcie.
Cisza, cisza, wystrzał armaty! Ruszyliśmy!

Plan był – spokojnie byle do mety.
Tak też biegłam, spokojnie z wyczuciem organizmu.
Uśmiech nie schodził mi z twarzy ani na chwilę!
Tak się ogromnie cieszyłam, że biegnę!
Momentami już nie mogłam wytrzymać i śmiałam się jeszcze bardziej.
Zdarzało się, że łezki szczęścia mi leciały. 🙂

Po nawrotce Biegacze, którzy biegli jeszcze stroną w kierunku od startu mieli różne spojrzenia. 😀
Jedni widząc mój uśmiech i radość z biegu, uśmiechali się do mnie, a inni patrzyli z zdziwieniem,
jakby nie wiedzieli o co chodzi, że ja się tak cieszę. 🙂

No cóż, nie każdy ma takie endo bum szczęścia! 🙂

Kibice tez miło reagowali widząc moją radość. 😀

Kilometry wcale tak szybko nie mijały jak zwykle, ale było super.
Co prawda na pierwszych 4km walczyłam z bólem.
Ciężko jest opisać co to jest za ból, ale anemia daje o sobie znać.
Jednak biegłam ostrożnie, żeby przebiec dystans, wszystko z głową, nie chciałam paść na trasie.
Chciałam wbiec na metę z radością, chciałam dostać medal, chciałam później poczekać na mojego Biegacza. 🙂

Na 7km wyprzedziłam jeszcze 2 biegaczki, co dało mi 6 pozycję na trasie.
Mówiłam sobie „Madzia utrzymaj tempo, dasz radę, może uda Ci się wybiegać miejsce w kategorii.”

Tak więc do mety, biegłam równym tempem, wbiegłam na metę z czasem 47:37s.
Moja radość OGROMNA! :)))))))))

Bez tytułu

32f2ea81ad75f5673441a64d6ef6c6df78bbec09acd55fc4af77f92b43c538d0
Z takim uśmiechem biegłam cały dystans, momentami był jeszcze większy. 🙂

Start i meta były na Stadionie, strefa Finishera była około 100m od mety.
Bardzo fajne rozwiązanie. Czekały na nas woda, izotonik, babeczki, banany, winogrona i coś ciepłego.
Można było usiąść i spokojnie coś zjeść i nabrać sił. 🙂

Spotkałam znajomych, porozmawiałam umówiliśmy się na wspólne zdjęcie jak reszta osób się znajdzie.
..i tak nie mogłam wysiedzieć.
Czekałam na mojego Biegacza i miałam czekać na mecie, ale to nie w moim stylu!
Musiałam pokonać z nim te ostatnie metry, dodać mu sił, uśmiechnąć się. 🙂
Więc szłam od mety w stronę trasy, kibicowałam po drodze zawodnikom.
Miłe były też takie akcenty, jak kibicujesz komuś, a tu nagle ta osoba się pyta czy jestem „strong&fit?” 😀

Przeszłam około 1,2km i patrzę żółte buty, czarne spodenki, żółta koszulka, daszek, okulary – wszystko się zgadza!
Uśmiech od ucha do ucha, zacieszam i biegnę do Pawła. 🙂
I tak pokonaliśmy wspólnie ten ostatni kilometr.
On walczył ze sobą, ja próbowałam go wesprzeć.
I wyszlifowaliśmy ładną życiówkę 1h:36min. 🙂

IMG_20150920_152533

Dostałam jeszcze w międzyczasie sms’a, że jestem 6 open i 2 w kategorii K-18. 🙂

IMG_20150920_171155

RockRun Jarocin to bardzo dobrze zorganizowana impreza! Organizatorzy spisali się na medal. 🙂
Dobrze oznakowana trasa, tabliczki z kilometrami, dobre zabezpieczenie trasy.
Dobrze zorganizowany punkt odżywczy oraz nawrotka dla 10km i dalsza część na 21 km.
Przed pierwszym zawodnikiem jechał radiowóz i motocykl policyjny.
Medycy na trasie tez czuwali. Jedynie nie widziałam karetki na mecie, ale możliwe, że stała trochę dalej.
Na mecie nie było tłoku, ogromny plus. W związku z tym strefa Finishera była dalej.
W strefie tej też nic nie brakowało, bardzo dobrze zorganizowana.
Prysznice, szatnie – ok.
W depozycie również wszystko odbywało się sprawnie.
Same plusy. Jedynie co mnie zdemotywowało to czekanie na dekoracje.
Z planu wynikało, że będzie o 15:45, rozpoczęła się gdzieś ok 16:15.
Mogłoby odbyć się to wcześniej.
Pozwolę sobie na porównanie RockRun Jarocin do Biegu III Ćwierćmaratonu Muzycznego w Pile w którym brałam udział w zeszłym roku. Szczerze? Organizacja w Jarocinie była na dużo większym poziomie, bieg 10km i półmaraton zostały zorganizowane wzorowo. Natomiast jak na pierwszy raz to poziom – wow! Porównuję do Piły, ponieważ tam oczekiwałam, że będzie też fajnie zorganizowane wszystko, a był dużo gorszy poziom-standard imprezy. Także Jarocin – brawo! W przyszłym roku na pewno obstawa będzie dużo większa! 🙂

 

463a87c74312235fdb13b379b2b426657ea5ab6e8da72c6a86adf73bb3a5ea06

Szwecja w jeden dzień.

W końcu się doczekaliśmy!
Nadszedł dzień wyjazdu do Gdyni, z Gdyni do Karlskrony, rowerowy trening i powrót. 🙂

Z Poznania wyjechaliśmy pociągiem o 7:36.

DSC_0002
Continue reading

Older posts

© 2019 Strong & Fit Women

Theme by Anders NorenUp ↑